Jeszcze nie spotkałam nikogo, kto mniej lub bardziej dyplomatycznie nie dał mi do zrozumienia, że jestem niespełna rozumu, kiedy twierdzę, że koszmarem mojego dzieciństwa były drugie śniadania pakowane przez rodziców do szkoły. No trudno, nic na to nie poradzę... ;-) Kanapka zawinięta w śniadaniowy papier czy woreczek, choćby w założeniu najlepsza, po paru godzinach, kiedy każdy jej element przejdzie wilgocią, jest dla mnie czymś absolutnie nie do przełknięcia i w tej kwestii nic mi się od dzieciństwa nie zmieniło.
Długie lata do pracy nie zabierałam ze sobą nic, bazując na tym, co kupię podczas dnia. Od jakiegoś czasu jednak coraz mnie lubię słodkie rzeczy, a w sklepie mam zazwyczaj do wyboru drożdżówkę lub... kanapkę w folii. :-) Punkt wyjścia został osiągnięty, więc zaczęłam kombinować własne zestawy w domu. Ma być wytrawne, z dużą ilością warzyw, ale sycące. Mój przykładowy dzisiejszy zestaw: mandarynki (obrane, nienawidzę skórki pod paznokciami w pracy) i sałatka z kaszy gryczanej. Bardzo dobre było, polecam!
Przepis na sałatkę jest banalnie prosty:
kasza gryczana niepalona - ugotowałam pół szklanki,
kasza gryczana niepalona - ugotowałam pół szklanki,
papryka czerwona,
pęczek rzodkiewki,
mały wędzony oscypek,
dwie łodygi selera naciowego,
ziarna sezamu i słonecznika,
olej sezamowy,
kukurydza,
natka pietruszki,
mięta, pieprz
Nie soliłam sałatki,żeby warzywa nie puściły soku, zresztą oscypek był wystarczająco słony. Wyszły mi dwie solidne porcje, mąż też się załapał. :-)
Jest to jedn z moich wariacji na temat lunchowych sałatek, jeśli chcecie to sukcesywnie będę Wam pokazywać, czym się żywię w południe. :-)











