sobota, 6 sierpnia 2016

W biegu...


Tu miał być post o pewnym kubku. Miałam Was zaprosić na pełne kadry z salonu. Chciałam Wam przedstawić nowy mebelek, który wprosił się do nas bez pardonu. Miałam... ale

czwartek, 30 czerwca 2016

100% RECYCLED i premiera mojego salonu

Nie, to nie będzie post o ekologii... :-)
Muszę przyznać, że częścią domu, z której do tej pory byłam najmniej zadowolona, był salon. Niby wszystko w porządku, ale nie to. No jakoś nie. Już nie wiem, co dało pierwszy impuls, ale w jednym momencie postanowiliśmy z mężem pozbyć się szafki RTV. Z głupia frant zupełnie wystawiłam ją na sprzedaż za cenę niewiele niższą od ceny zakupu i... dwa dni później już pakowałam ją do transportu. No znak na niebie, ani chybi! W tych warunkach mąż w przypływie wspaniałomyślności zgodził się na zakup upatrzonej przeze mnie palisandrowej ślicznoty, do której wzdychałam platonicznie już z półtora roku. Weszłam na stronę, żeby ją zamówić i... kupiłam w promocji -30%! Prawda, że coś nad moim salonem dobrego czuwało? Aż piszczałam ze szczęścia, kiedy ją przywieźli, na żywo podoba mi się jeszcze bardziej. Żywy, miodowozłoty kolor egzotycznego drewna przy mojej grafitowej podłodze i szaropopielatej ścianie kontrastuje wręcz rozkosznie, korespondując z trójnożną, drewnianą lampą podłogową i blatem palisandrowej ławy. No napatrzeć się nie mogę! Wybaczcie paskudne chwalipięctwo, ale cieszę się niesamowicie, że salon nabrał fajnego charakteru. Stylistyka kojarząca się z latami sześćdziesiątymi, chromowane wykończenia uchwytów i masywne, ciężkie drewno to klimaty wprawdzie niemodne, ale bardzo moje.
Ostatnim szlifem miało być "coś", co postawię na owej wymarzonej szafeczce. I tu nastąpił niewielki zonk, bo... nie mogłam sobie niczego tam wyobrazić, a spora odległość między telewizorem a blatem jednak wymuszała, by nie pozostawić tej przestrzeni pustej. Nie chciałam jednak stracić tego efektu surowości, który udało mi się uzyskać... zadania nie ułatwiał fakt, że wyobraźnia natrętnie podsuwała mi wizję... paprotki. :-)
Oj długo myślałam... aż do którejś wizyty w TK MAXX. (Nota bene, też uważacie, że ten sklep powinien być nieczynny od 20. każdego miesiąca do końca? Tracę tam głowę tak spektakularnie, że tylko patrzeć, aż mając resztki gotówki na koncie zaryzykuję głód w domu dla kolejnych zakupów. ;-) ). Tam rzuciły mi się wprost na szyję ONE. Dwa przepiękne wazony. Proste, geometryczne kształty, grube, nierówne w strukturze szkło, najukochańszy kolor burzowego nieba i metalizowana powierzchnia, która tak odbija światło, że wyglądają niemal, jak gdyby same były jego źródłem. Wahałam się, czy wprowadzać nowy kolor do dosyć konsekwentnie urządzonego kolorystycznie wnętrza, oj wahałam... chyba z 8 sekund. :-) Porwałam jeden w jedną rękę, drugi w drugą i mało nóg nie pogubiłam, lecąc do kasy! Z metki dowiedziałam się, że to jakiś hiszpański wyrób ze 100% szkła z odzysku. Tym bardziej się cieszę, bo oglądałam kiedyś butle z recyclingowanego szkła, ale żadna z nich - chociaż połowę mniejsze - nie chciała kosztować poniżej 80 zł. Ja natomiast zapłaciłam 45 i 49 zł. No nie dało się nie kupić. 
Dopełniły mi salon tak, jak się spodziewałam, jakby z myślą o tym miejscu były projektowane. Zresztą zobaczcie same. Wiem, że chwalipięctwo odstawiłam pokazowe, ale... wiecie, okropnie się nimi cieszę. I fascynuje mnie, jak różnie wyglądają w zależności od światła. I w ogóle jak za niecałą stówkę to naprawdę, mnóstwo szczęścia. :-) 
A co Wy o nich sądzicie? Hm, czy ja się mylę, czy ja jeszcze nigdy nie pokazywałam zdjęć z salonu? No to mamy premierę!


czwartek, 31 marca 2016

Inne takie te Święta...

Plany na te Święta nie napawały optymizmem. Jak tu było się cieszyć, kiedy na Wielką Środę Malizna miała zaplanowana operację? Stres ściskał na gardło i trudno było zmusić się do ułożenia planu potraw, listy zakupów. Na wykrzesanie z siebie odrobiny entuzjazmu nie starczyło siły ani ochoty. Mnie, przyzwyczajonej do świąt w gronie dużej rodziny (przyjęcie na 16 osób to norma, a większe też nie są rzadkością) bardzo trudno było wyobrazić sobie kameralne, czteroosobowe spędzenie tych dni - a z małą rekonwalescentką wykluczone było spotykanie się z większą ilością ludzi niż trzeba. Słowem - miało być średnio. Nieświątecznie. I w ogóle byle jak. Niestety nie wyszło. :-)


Było... echh, nie wiem, czy to nie były moje najbardziej udane Święta. Odetchnięcie po ogromnym stresie, Córcia, która zniosła zabieg niespotykanie dobrze. Relaks kuchenny ze świadomością, że robię tylko to, co lubimy i na co mamy ochotę, a nie to, co trzeba. Sobotnie niespieszne wędzenie szynki, wspólne krojenie sałatek, radość dzieci przy dekorowaniu mazurków i emocje przy barwieniu pisanek. Długi piknik w lesie w niedzielne popołudnie i poniedziałkowe prażone z ogniska zamiast obiadu. Byliśmy razem, jak nie pamiętam kiedy ostatnio. Było pięknie.


To były dobre Święta. Rodzinne, spokojne, pogodne i wesołe. Takie, jak z życzeń, z smsów, których nie darzę specjalną estymą i z kartek, których - jak na kobietę starej daty przystało - trochę tęsknię. Rozpoczęte w niefajnych okolicznościach rozwinęły się w takie, jak życzyłabym sobie przeżywać jeszcze wielokrotnie. Czego i Wam, pokazując te kilka świątecznych kadrów, życzę.

poniedziałek, 21 marca 2016

Jogurtowo - cytrynowe babeczki do koszyczka

Dziś obiecany post z dedykacją. :-) Agness poprosiła mnie o przepis na jogurtowo - cytrynowe babeczki, które od kilku lat piekę na Wielkanoc. Postanowiłam więc podzielić się nim w szerszym gronie, bo zdecydowanie jest to kolejna z rzeczy, przy których przy minimum nakładu pracy uzyskuje się bardzo fajny efekt. Jak bardzo takie przepisy są potrzebne, wiedzą najlepiej pracujące na etacie mamy, dla których doba zawsze ma co najmniej o kilka godzin za mało, prawda? 

Ciasto jogurtowe uchodzi za kapryśne, często spotykam się z żalem, że robi paskudny zakalec, opada i w ogóle przygotowanie go stanowi jedną ze sztuk magicznych. Przyznam szczerze, że nie wiem, o co chodzi, nigdy mi się nic takiego nie przydarzyło. Jeżeli przestrzega się prostej zasady, że składniki muszą mieć tę samą, pokojową temperaturę, to moim zdaniem nic złego nie ma prawa się wydarzyć. A już na pewno z tego przepisu, stosowałam go wielokrotnie i nigdy mnie nie zawiódł.
Potrzebujemy:
250 g masła
200 g jogurtu naturalnego (im gęstszy tym lepszy)
1 szkl. cukru
3 jajka
50 g mielonych migdałów
skórka otarta z dwóch cytryn i sok z jednej
375 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia

Ucieram masło z cukrem, nie przerywając miksowania po kolei dodaję jajka. Dalej pracuję szpatułką - dodaję resztę składników i mieszam dokładnie. 
Przekładam ciasto do formy (różnie - czasem babeczkowej, czasem muffinowej, czasem piekę po prostu jedną babkę). Piekę w temp. 160 st., zależnie od wielkości formy - muffiny ok. 40 min, dużą babkę nawet 60 min. Dzisiejsze babeczki piekły się 45 minut, babka 10 minut dłużej. Studzimy na kratce, dekorujemy lukrem.
Babeczki są mięsiste i wilgotne, bardzo aromatyczne i lekko kwaskowate. Długo zachowują świeżość, dlatego świetnie nadają się jako babeczki do koszyczka ze święconką (tradycyjne drożdżowe w Wielką Niedzielę niestety mają już strukturę pumeksu, te są nadal świeże). Ponieważ zazwyczaj piekę ich dosyć sporo, wszystkie dzieci w rodzinie i jeszcze kilkoro zaprzyjaźnionych niesie je potem do kościoła. :-)
Na co dzień nie lukruję ciast ze względu na dzieciaki - nie mam zamiaru stać jak cerber i pilnować, żeby mi lukrem nie pokleiły połowy domu, wystarczy mi nieustanne sprzątanie okruchów. Tak, je się w jadalni, wiadomo... w teorii. ;-) Jednakowoż do święcenia babeczki występują w różnych dekoracjach, w tym roku będzie tak:
(ktoś mi może wyjaśnić, czemu to zdjęcie wygląda, jakbym nieudolnie wkleiła babeczkę w zdjęcie? Głębia ostrości mnie pokonała najwyraźniej :-/)

sobota, 19 marca 2016

Błyskawiczne i pyszne - migdałowe muffiny z serowym nadzieniem

Do kawy, na deser albo na drugie śniadanie. Do pracy, na wycieczkę i bez okazji. Dobra muffina jest dobra na wszystko. Bo jest dobra. Prawda?
Robiłam dziś muffinki, które bardzo chcę Wam polecić. Są nieco nietypowe przez dodatek mielonych migdałów i serowe nadzienie, ale połączenie jest wyjątkowo udane, aromatyczne, wilgotne i... wciągające. Nie da się poprzestać na jednej. Żeby nie było, że nie uprzedzałam.
Potrzebujemy:
1,5 szkl. mąki
0,75 szkl. mielonych migdałów
0,75 szkl. brązowego cukru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 jajka
1 szkl. kefiru/jogurtu/maślanki
0,25 szkl. oleju
2 krople aromatu migdałowego

Mieszamy suche składniki w jednym naczyniu, mokre w drugim, na końcu łączymy oba.

Nadzienie serowe:
25 dkg dobrego tłustego twarogu (nie może być kwaskowaty!)
1 żółtko
2 op. cukru z prawdziwą wanilią
cukier do smaku (u mnie 1 łyżka, może być więcej, my lubimy niezbyt słodkie ciasta)
Wyrabiamy składniki widelcem.

Wykładamy ciasto do formy na muffiny do połowy jej wysokości (blaszaną najpierw smarujemy masłem, ja piekę w silikonie). W środek każdej porcji ostrożnie nakładamy pełną łyżeczkę serowego nadzienia. Pieczemy ok. 35 minut w temp. 180 st. Studzimy na kratce. Jak większość wypieków z serem, najlepsze są po całkowitym wystudzeniu.





sobota, 20 lutego 2016

Zima za oknem, wiosna na parapecie i sernik, który mnie zachwycił

Kiedy chciałam zrobić klimatyczne zdjęcia przed Gwiazdką, nie było śniegu. Kiedy chcę Wam pokazać, jak pięknie na moim parapecie zakwitły wiosenne kwiaty, za szybą mam śnieżycę. I chociaż w lutym to raczej standardowe zjawisko, to nieco pokrzyżowało mi plany.
Na szczęście sernik wyszedł, jak zamierzałam, zawsze to jakiś sukces...
Na blogach wiosna zaczyna się tuż po Sylwestrze, więc teraz już pewnie zbliża się lato. ;-) Ja dopiero niedawno przytaszczyłam kilkanaście doniczek z zaprzyjaźnionej kwiaciarni. Żonkile zakwitły wszystkie jednocześnie, hiacynty parę dni później, za to teraz pachnie mi nimi cała kuchnia. Jak Wam się podobają?



Sernik mnie powalił na kolana! A to nie lada wyczyn, bo jako sernikożerca i wielbicielka tego ciasta mam wygórowane oczekiwania i spore doświadczenie w łasuchowaniu. Jest lekki, świeży, ale gładki i kremowy. Aromatyczny. Nie za słodki. Wygląda, jakbyśmy nad nim spędziły ze dwa dni. :-) Podzielę się z Wami przepisem, bo to aż niewiarygodne, że tak łatwo jest zrobić coś aż tak pysznego.

Potrzebujemy:
1,5l jogurtu naturalnego (u mnie ZOTT)
2/3 szkl. miodu (u mnie gryczany)
300g tłustego twarogu (NIE zmielonego)
2 łyżki kaszy mannej
2 kropelki aromatu migdałowego

1opakowanie ciasteczek owsianych
1 łyżka masła

1 puszka kajmaku
1opakowanie migdałów w płatkach lub słupkach

Wieczorem dnia poprzedniego wykładamy jogurty na sitko wyścielone podwójnie złożoną gazą. Sitko stawiamy na misce, żeby odciekł nadmiar wody. Pozostawiamy na noc.
Na drugi dzień ciasteczka blendujemy na okruchy, mieszamy z roztopionym masłem, wciskamy w dno tortownicy 25 cm. 
Twaróg mielimy - ja miałam bardzo dobrej jakości domowej roboty, nawet go nie mieliłam, taki był gładki. Dodajemy odcieknięte jogurty, miód, aromat, kaszę, blendujemy wszystko na gładką masę i wylewamy ją na ciasteczkowy spód. Do piekarnika wstawiamy naczynie z wrzątkiem, nagrzewamy piekarnik do 150 stopni i pieczemy sernik 1 godz 15 min.
Studzimy ciasto w uchylonym piekarniku. Na zimne wykładamy masę kajmakową i podprażone migdały.
Komplementy przyjmujemy skromnie, aczkolwiek ze świadomością, że żaden z nich nie jest przesadny.:-)


wtorek, 19 stycznia 2016

Lekka i aromatyczna sałatka z zimowych warzyw z syropem klonowym

Zima to kiepski czas dla sałatkożerców. Wprawdzie teraz kupić można już w zasadzie każde warzywo o każdej porze roku, ale pomidor o smaku styropianu czy pozbawiona ostrości rzodkiewka jakoś nie budzą mojego entuzjazmu. O ile w zakresie owoców mandarynki, pomelo i kiwi zaspokajają moje zapotrzebowanie, o tyle smętne snucie się po stoisku warzywnym zazwyczaj kończy się zakupem laminowanego ogórka, żeby zrobić tzatziki i horrendalnie drogiej cukinii, którą po upieczeniu z wyżej wymienionym tzatzikiem spożyję. Nuda. 
Szukałam więc surówki, którą uda mi się zrobić z dostępnych obecnie smacznych warzyw. Tak oto powstała ta, którą Wam dzisiaj pokażę.


Potrzebujemy:
1 bulwę fenkuła (kopru włoskiego)
4 łodygi selera naciowego
2 słodkie,kruche jabłka
1/5 sałaty lodowej

Na sos:
1/5 szklanki syropu klonowego
2 łyżki musztardy francuskiej
2 ząbki czosnku
4 łyżki dobrego octu balsamicznego
1 łyżka oliwy z oliwek
sól, pieprz

Fenkuł przekrawamy na pół. Odcinamy twardą końcówkę i łodygi, a bulwę kroimy na ćwierćplasterki. Seler i ćwiartki obranych jabłek kroimy również na plasterki, sałatę dosyć drobno szarpiemy.
Czosnek przeciskamy przez praskę lub trzemy na tarce (ja trę, ale wiem, że jestem w mniejszości). Wszystkie składniki sosu mieszamy. Polewamy warzywa tuż przed podaniem. Może udekorować pestkami dyni i słonecznika.
Sałatka jest... dziwna. Czuć delikatnie anyżkowy aromat fenkuła i selera naciowego, ale syrop klonowy przełamuje go na tyle, że nie jest on dominujący. Mocno czuć soczyste jabłka. 
Warto spróbować, następnym razem dodam wyfiletowane kawałki grejpfruta, powinien się dobrze komponować. Albo pomarańczy. Dzisiaj nie miałam, więc tę wersję traktuję jako podstawową.